Stało się… Obecnie najbardziej hypowana noise-rockowa kapela znów w Polsce. Zespół, który rozniósł w zeszłym roku „Off Festival”, podobno numer jeden sceny alternatywnej pod względem występów na żywo, po prostu HEALTH.
Po pierwsze: pozytywnie zaskoczyła frekwencja. Wydawało mi się, że HEALTH jest zespołem na tyle niszowym, że w Warszawie ogarniętej mundialowym szaleństwem (zamiast zwyczajowego „local support” został wystawiony przed klub malutki telewizor, na którym tłumek oglądał mecz) i terminem w samym środku tygodnia, zbyt wiele osób na Amerykanów nie zawita. Nic bardziej mylnego… Lotniska na Bemowie jeszcze nie zapełnią, ale Centralny Basen Artystyczny był prawie pełen. Z pewnością jest to zasługa tego, co panowie pokazali w zeszłym roku na „Off Festivalu”, ale patrząc na sposób prezencji żeńskiej części widowni, musiały też sporo dać Crystal Castlesowe koneksje.
Zabrzmieli bezkompromisowo, rzężąco. Do publiczności odezwali się może z dwa razy. I dobrze… takie składy nie potrzebują mizdrzenia się do nikogo. Grali w transie, skacząc między mikrofonami, klawiszami, gitarami, bębnami i kosmiczną ilością gitarowych efektów. Energią (oprócz statycznego na tle kolegów Jakem Duzskiem) mogliby obdzielić co najmniej 10 wściekle punkowych grup. Set, co nietrudno zgadnąć, zdominował materiał z zeszłorocznego „Get Color”, nie zabrakło oczywiście sztandarowych „Die Slow” i „We Are Water”, tak jak i nowego singla „USA Boys”. Pomiędzy utworami znanymi z płyt obłędnie darli się do mikrofonów i wykonywali klasyczne jazdy brzegiem kostki od gitary po strunach, przez co właściwie trudno było zorientować się, kiedy kończyli grać jeden utwór, a zaczynali następny (jedynym wyjątkiem był moment strojenia instrumentów, gdzieś w środku gigu). Niestety, trochę zawiodło nagłośnienie, jak na zespół wydający z siebie taki ocean dźwiękowego brudu było zaskakująco… cicho.
Występy HEALTH to jednak nie tylko uczta dla wielbicieli gitarowo-elektronicznego jazgotu. Co zastanawiające co najmniej jedna czwarta osób sprawiała wrażenie jakby przyszła raczej na imprezę DJ’ską i nie mówię tutaj o szamańskich tańcach dwudziestoparolatków pod sceną, raczej o nastoletnich dziewczętach… Nieczęsto bywam na tańcach, ale dam sobie rękę uciąć, że podobny target co piątek poci się w „Kamieniołomach”. Jest to o tyle śmieszne, że sam zespół prezentuje się dość niechlujnie. Jupiter Keyes wyginał się w koszulce z „Napalm Death” (!!!). Gdzie tu logika?
Można dyskutować na ile sukces HEALTH jest zasługą ich samych, a na ile sprytnych zagrań marketingowych i nazwisk ludzi od remixów (zespół po każdym LP wydaję album w wersji DISCO), ale sama muzyka, szczególnie w wersji koncertowej nikogo nie zostawi obojętnym.
15/07/2010





