Każdy wielbiciel szeroko pojętej gitarowej alternatywy chyba nie zaprzeczy, że tegoroczny line up Open’era (nie licząc reaktywowanych klasyków z Pavament i Nasa z Damianem Marleyem) nie ma co się równać z tym Offowym. W Gdyni prezentowani byli wykonawcy, którzy swoje pięć minut mają w większości daleko za sobą, na Offie zaś występowały zespoły, które w zeszłym roku wydały znaczące płyty oraz weterani w świetnej formie.
Oba festiwale w tym roku łączył długi czas oczekiwania wymianę biletu na opaski, przez co w Katowicach zdążyłem dopiero na samą końcówkę występu Kima Nowaka. Czasu jednak wystarczyło by przekonać się, że muzycy nie zawiedli – wykonawczo i brzmieniowo prezentują się równie dobrze, jak na tegorocznym albumie. Następnie udałem się na koncert Toro Y Moi – tegoroczną chillwave’ową rewelację. Stojącego za całym zamieszaniem Chaza Bundicka (na scenie za klawiszami, mikrofonem i pierdyliardem elektronicznych zabawek) wspiera żywa sekcja rytmiczna. Toro w wersji koncertowej troszkę bliżej jest do konwencjonalnego shoegaze’u (nawet jeśli z jest to shoegaze tanecznymi wtrętami), niż do tego, co mieliśmy okazję usłyszeć na „Causers Of This”. Mimo zatopionego w delayu wokalu zabrakło trochę głębi, którą znamy z nagrań studyjnych, choć to akurat można zrzucić na barki średniego nagłośnienia. Co kto lubi… przyjęcie mieli gwiazdorskie i chyba jako jedyni wyszli na bisy.
Chwilę później wciągający koncert zagrała legenda polskiej sceny niezależnej – Something Like Elvis. Powracających do zabaw pod starym szyldem muzykom Potty Umbrella i Contemporary Noise Quintet ewidentnie brakowało mocnego gitarowego uderzenia. Mimo paru minimalnych fałszy ze sceny czuć było entuzjazm i radość ze wspólnego muzykowania. Popłynęły zarówno wczesne, mocne, niemalże hardcorowe kompozycje, wyróżniające się wciągającą melorecytacją wokalisty i istotną rolą akordeonu – jak i rzeczy z bardziej przestrzennej, pięknej, nieco wysublimowanej brzmieniowo „Cigarette Smoke Phantom”. Dobrze było przypomnieć sobie jak oryginalna i nowatorska była (jest?) twórczość tego składu. Dwudziestego ósmego sierpnia panowie zajrzą do warszawskiego CSW. Warto się wybrać, bo nie wiadomo ile jeszcze razem pograją.
Mieszane uczucia towarzyszyły mi przy okazji koncertu The Horrors – pierwszej zagranicznej gwiazdy. Z jednej strony – należy docenić postęp, jakiego dokonali na ostatniej płycie „Primary Colours”, nowe kompozycje bronią się również na żywo, z drugiej – trochę trudno było im utrzymać sceniczne napięcie. Grali kiedy jeszcze było jasno, byli też, niestety dosyć słabo nagłośnieni i mimo przystojnego, przypominającego nieodżałowanego Joey’a Ramona, uwieszonego na statywie od mikrofonu Farisa Badwana, wyciskającego z siebie siódme poty gitarzysty Joshua Haywarda i odtańcowującego frywolne kółeczka wokół własnej osi basisty Rhyssa Webba – show porwał dopiero w ostatnich minutach. Ogólnie zostali przyjęci dość chłodno, co dziwne – byłem przekonany, że mają trochę większą grupkę wielbicieli.
Na kiepski kontakt z publicznością nie mogli za to narzekać muzycy Art. Brut (scena leśna) – mimo zerowej oryginalności wykonywanej muzyki urzekali poczuciem humoru i pozytywną energią. Ten gig przypomniał mi czasy kiedy The Libertines rzeczywiście było czymś świeżym, a na tag „indie” (snobistycznie rzecz biorąc powinno być „indie 2.0”) coś jeszcze znaczył. Edie Argos mimo wyglądu śmiesznego angielskiego grubaska był jednym z najlepszych showmanów na festiwalu.
Później czekało mnie zmierzenie się z kolejną legendą rodzimej alternatywy – występującymi na scenie mBanku Lenny Valentino, pierwszy raz od 10 lat w oryginalnym składzie (przy poprzedniej reaktywacji sprzed pięciu lat na miejscu Arkadiusza Kowalskiego zasiadał wszędobylski Macio Moretti). Obok Hey’a i Flaming Lips mieli najliczniejszą publiczność, której nie zawiedli. Fakt faktem – niczym nie zaskoczyli, ale potęga pięknych piosenek Artura Rojka w połączeniu z geniuszem aranżacyjnym muzyków Ścianki (no dobrze, i jednego muzyka Negatywu) nie ma prawa zostawić nikogo obojętnym, tak teraz, jak i przy każdym odsłuchaniu „Uwaga! Jedzie Tramwaj”. To już historia (i to ta chlubna historia) polskiej muzyki. Jeśli dodamy do tego jeszcze wspaniałą grę świateł i perfekcyjne nagłośnienie wychodzi jeden z najważniejszych koncertów festiwalu.
Po tak melancholijnych dźwiękach czułem się trochę schizofrenicznie bawiąc się przy klasykach brytyjskiego post-punku promujących właśnie swój dwudziesty ósmy (!!!) album. Dziadzio Mark E. Smith swoim bezczelnym zachowaniem, urzekająco infantylnymi zabawami w denerwowanie nagłośnieniowców (zabawy w przekręcanie gałek głośności poszczególnych instrumentów do ogłuszającego poziomu, wywalanie mikrofonów) i frajdą małego dziecka, któremu mama sprezentowała pierwszy komputer, sprawiał, że wściekły, plujący i smarczący na prawo i lewo Johny Rotten z reaktywowanych trzy lata temu Sex Pistols wyglądał co najmniej śmiesznie. The Fall po melancholijno-neurotycznych Lenny Valentino dali publiczności lekcję prawdziwego punk rocka.
A Place to Bury Strangers, grający na scenie Offensywy, gdyby tylko wpuścić ich na scenę mBanku – zmietliby cały festiwal z powierzchni ziemi. Koncerty autorów, moim zdaniem, najlepszej płyty zeszłego roku to gwałt na zmysłach, wszystkich zmysłach. Takie natężenie wysokich tonów dosyć uszkodziło mój niespecjalnie przewrażliwiony na „noise” słuch, a nie sposób nie napisać o oślepiającym, grożących oczopląsem oświetleniu i o przelatujących nad głowami pierwszych rzędów wielbicieli „bycia na fali”, czy samym basiście, który na zakończenie urywając kawałek odpowiadającego za oświetlenie ustrojstwa znad jego głowy rzucił się w publikę. Oczywiście, jak za każdym razem w przypadku zespołów tak poważnie flirtujących z gitarowych hałasem, reakcje były podzielone. Mnie koncert zupełnie wgniótł w ziemię, dla innych był to tylko niezrozumiały bełkot (cieszy mnie jednak, że reprezentantów pierwszej grupy było dużo, dużo więcej).
Po A Place to Bury Strangers czekała mnie inna, raczej nieczęsto spotykana na Offie rapowa uczta. Niestety, mimo doskonałej formy Raekwona nie dopisała publiczność. Smutno było patrzeć jak 5 minut przed występem pod sceną zebrała się dosłownie z 30 osób, później oczywiście było lepiej, ale sprawdziły się moje obawy – przy rapie w tak klasycznym, chciałoby się rzec pomnikowym wydaniu – większość offowej publiki prezentuje „jajko na miękko”. Zaskoczenie było tym większe, że po koncercie Method Mana (również reprezentującego Wu-Tang Clan) i widoku łysych ortodoksów z wydzieranym logo „Wu” na tyle głowy byłem pewien, że przynajmniej części z nich będzie chciało się pofatygować do Katowic. Niestety tak się raczej nie stało. To o tyle smutne, że przy dźwiękach takich klasyków, jak „Ice Cream”, „Wu-Tang Clan Ain’t Nuthing ta Fuck Wit”, czy „C.R.E.A.M” trudno się dobrze nie bawić. Niestety, nie był to wieczór amerykańskiego rapera, ale miejmy nadzieję, że się nie zraził i jeszcze kiedyś do nas zajrzy.
Drugi dzień festiwalu zaczął się dla mnie od występu Manescape na scenie leśnej. Może za dużo sobie obiecywałem po tym koncercie mając w pamięci bardzo ciekawą „Ex-Internal”, może przez przydziałowe pół godziny panom trudno było się rozkręcić. Właściwie tylko utwory, w których gościnnie pojawił się Maciej Cieślak zabrzmiały jak należy. Zabrakło brudu, gęstego brzmienia i zdawało mi się też, że troszeczkę emocjonalnego zaangażowania.
Nie zawiedli natomiast występujący na scenie mBanku 3moonboys, i choć muzycy na początku sprawiali wrażenie dosyć spiętych, to rozkręcali się z każdą następną minutą koncertu.
Świetne wypadli również wyjadacze z Pluma w swoim agresywnym post-hardcorowo-noisowym secie. Grali z gówniarską energią i jazzową precyzją. Przy okazji zebrali też imponującą, jak na tą godzinę (15.35) publikę.
Nijako, co nie jest żadną niespodzianką wypadła gwiazda polskiego „indie” – Pustki. Naprawdę nie jestem w stanie w żaden sposób wytłumaczyć ich fenomenu, a konferansjerka opierająca się na zagajeniach w stylu – „zgotujcie nam teraz gorące oklaski”, „zaśpiewajcie z nami” i tego typu pierdołach wzbudzała raczej skojarzenia z Opolem, niż jakimkolwiek innym szanującym się muzycznym festiwalem. Niestety w swoich odczuciach byłem raczej odosobniony.
Także występujące w tym samym czasie, serwujące przeciętne elektro, FM Belfast też niczym nie było w stanie mnie zaciekawić. Pięknie za to wypadli warszawscy post-rockowcy z Tides from Nebula. Mimo, że ich koncert pokrywał się z Mitch&Mitch bez trudu wypełnili namiot sceny eksperymentalnej. Zabrakło rozbudowanej oprawy świetlnej, ale nawet w tak skromnych warunkach panowie zabrzmieli naprawdę potężnie, prezentując przy okazji dwie obiecujące, zgodne z zapowiedziami bardziej przestrzenno-eksperymentalne kompozycje.
Następnie czekał mnie spacer pomiędzy sceną główną, a Offensywy. Niestety, ani ikona polskiego indie – Muchy (trzecie podejście, koncert równie przeciętny jak dwa poprzednie), ani będący świeżo po wydaniu „Monsters Of Jazz” Pink Freud nie porwał.
Sympatyczną, a nawet nostalgiczną podróżą do moich gimnazjalnych miłości było spotkanie z Apteką grającą w całości swoją „Mendę” – gig, który połączył wszystkich, i punkująco pogującą pod sceną młodzież, i starą czterdziestoparoletnią gwardię i cały tłum zebranych osób niezależnie od wieku wyśpiewujących z Kodymem, czasem prowokujące, czasem głupie, czasem mądre, ale zawsze bardzo bezkompromisowe i szczere liryki.
Ryzykownym pomysłem zdawało mi się wpuszczenie na scenę mBanku Archie Bronson Outfit. Nic bardziej mylnego! Odjazdowy, zarówno pod względem image’u, jak i samej muzyki zespół mimo padającego deszczu był odebrany bardzo dobrze (i to słusznie). Zagrali psychodelicznie i dynamicznie. Bez bicia przyznaję – wcześniej nie miałem okazji się z nimi spotkać, a naprawdę warto.
Następnym ciekawym projektem jest These Are Powers – trzyosobowy skład założony przez Pata Noeckera, byłego basistę moich ukochanych Liarsów. I rzeczywiście, zespół wyróżnia się wczesno-liarsowskim groovem z tym, że podanym w bardziej elektroniczno klubowej oprawie. Ciekawą osobowością sceniczną jest tam wokalistka Anna Barie, która brzmi jak Karen O, Hanin Elias (z Atari Teenage Riot) i Missy Elliott w jednej osobie.
Koncert Heya oglądałem ze sporej odległości stojąc w strefie gastro (jedyny obok Flaming Lips koncert, na którym można było kupić piwo i hamburgera bez kolejki), ale zarówno oprawa (wielkie, znane z okładki ostatniej płyty wykrzykniczki), jak i sama muzyka (właściwie tylko z ostatniej, godzącej środowiska alternatywne i juwenaliowe, płyty) robiła bardzo pozytywne wrażenie.
Następnie udałem się na jedyny koncert, co do którego zgadzali się wszyscy – Mew na żywo są wielcy! Ich muzyka grana na żywo kopie jeszcze mocniej niż na albumach, do tego doskonałe wizualizacje, a nawet tancerz w składzie (!!!). Nie jestem wielbicielem wyszukanych widowisk w duchu rocka progresywnego, ani patosu w muzyce, ale Mew podobnie jak Sigur Ros robią swoje w mistrzowskim stylu.
Potem na dużej scenie produkował się następny skład, na który oczekiwałem z wielką niecierpliwością – Dinosaur Jr. czyli ikona niezależnych lat ‘90. Voo Voo zagrało „Sno-powiązałkę”, Apteka „Mendę”, a Dinosaur? Kojarzy ktoś może kompilację wypuszczoną w 2001 – „Ear-Bleeding Country: The Best of Dinosaur Jr.”. Od niej zaczynałem swoją przygodę z zespołem i właściwie to, co zaserwowali to było istne greatest hits w wersji koncertowej. Nie brakowało niczego. Mój drugi dzień zamknęła urocza, choć troszkę zbyt senna jak na godzinę 1.20 Lali Puna.
Ostatni dzień Off fesivalu otworzyłem dwoma niezwykle intensywnymi hardcorowymi (czy z przedrostkiem post, czy bez) występami. Nie zawiódł Ed Wood, zabrzmiał równie obłędnie, połamanie i energetycznie jak na warszawskim koncercie przed Polvo. Niespodzianką był gościnny udział Macia Morettiego (na basie) i niezidentyfikowanego przeze mnie pana obdarzonego ciekawym, bardzo emocjonalnym punkowym głosem wchodzącego w publikę (mimo, że wszystko rozgrywało się na największej scenie festiwalu).
Następnie pobiegłem na Pulled Away By Horses – moje koncertowe odkrycie tegorocznego Offa, energią płynącą ze sceny mogliby obdzielić co najmniej dziesięć świetnych hardcorowych kapel. Pełen autentyzm, ale też profesjonalizm, bo mimo karkołomnych skoków i gry na gitarze w miliardzie pozycji, czy to na stojąco, czy to w podskokach, panowie byli idealnie zgrani.
Nie można pominąć bardzo dobrego koncertu O.S.T.R-a. To jeden z tych artystów, których nie wypada nie lubić, przyjęcie więc miał o wiele cieplejsze niż Raekwon. Na korzyść działał dobór repertuaru, jak zawsze pełen pasji i energii freestyle, oraz żywy skład (DJ Haem, sekcja rytmiczna, gitara i klawisze). Adam, jak to Adam, trochę poopowiadał o synku, o rodzinie, o tym co sądzi o bieżących wydarzeniach w kraju. Zaskoczeniem była za to improwizacja, podczas której raper zasiadł za klawiszami. Kolejny dowód na muzyczną otwartość tego artysty.
Grające jako następne na scenie mBanku – Shearwater bardziej nudziło niż poruszało. O wiele lepszym pomysłem było udanie się na intensywne, punkowe Dum Dum Girls, niestety ten lepszy pomysł przyszedł mi do głowy, kiedy dziewczyny akurat kończyły gig (zdążyłem na dwa ostatnie utwory).
Świetnie wypadli poszerzeni do tria noise-rockowcy z No Age. Śpiewający perkusista to dalej rzadki i bardzo fajny widok.
Bardzo dużo oczekiwałem po koncercie The Raveonettes, i trochę się zawiodłem, bo mimo fenomenalnego początku, kiedy zaserwowali moje ukochane „Gone Forever” i „Attack of Ghost Riders”, zdarzały im się momenty senne, a nawet nudne (granie trzech ballad pod rząd nie jest zbyt szczęśliwym pomysłem jeśli bawisz się w granie rock’n rolla). No i tragicznie przearanżowali „Break Up Girls”.
Z powodu mojego głodu, Kryzysu posłuchałem właściwie przez kratki strefy gastro, ale wydaje mi się, że się legenda się obroniła. The Flaming Lips? Mieli być rewelacją festiwalu, najlepszym koncertem zamknięcia. Faktycznie, być może pod względem show byli. Czego tam nie było? Lasery w stylu Jean Michelle Jarre, deszcz konfetti, balony, tańczący ludzie w kombinezonach, wielkie misie, wokalista wchodzący w publiczność w gigantycznej przezroczystej kulce. Tylko bez całej otoczki trudno byłoby się dłużej zainteresować tym, co się działo na scenie. Chociaż znam osoby, dla których był to koncert festiwalu. No cóż… ale chyba na tym polega urok OFF festiwalu, sprowadzamy mniej, bądź bardziej znane dziwolągi od gitarowej alternatywy, hardcore, poprzez folk, elektroniczne odjazdy i rap, aż po dub-step i szukamy tego, co akurat może do nas przemówić. To do następnego…
14/08/2010











