Kończy się dopiero styczeń, a już mamy pierwszych mocnych kandydatów na rodzimy album roku. Póki co można było ich słuchać w trójkowej „offensywie”, na MySpace (gdzie panowie błyszczą również poczuciem humoru) i czytać o nich niemalże na każdym ważniejszym alternatywnym portalu muzycznym. Teraz bronią się naprawdę dobrym albumem.
Jeśli kiedykolwiek zasłuchiwałeś się w Yo La Tengo, The Wrens, czy Pavement z pewnością i Palm Waves zagości w twoim odtwarzaczu na dłużej.
To co przede wszystkim przemawia za grupą to jej smykałka do podawania chwytliwych (ale nie nachalnych), niemalże popowych melodii w alternatywnej, ciekawej pod względem aranżacyjnym oprawie. Dużej oryginalności nadają też syntezatorowe dźwięki, nieczęsto używane w tego rodzaju muzyce. Świetnie też całość wyprodukowano, mimo natłoku dźwięków brzmienie jest bardzo selektywne.
Podoba mi się konstrukcja tego albumu. Na początku dostajemy rozbudowany, oscylujący pomiędzy beztroskimi, słonecznymi zwrotkami, a lekko zgiełkowymi przejściami The City & Man, później serwowana jest urocza mieszanka muzycznych miniaturek (lekko surf-rockowe Capo i punkowe Sone) i przebojowych „wymiataczy” bliskich wspomnianych Wrensów (Taffeta, To the Following, Mangrove Tunne), a na sam koniec dwie kolejne długie kompozycje, trochę spokojniejsze, czasem ocierające się o rejony post-rockowe, spośród których szczególne wrażenie robi refleksyjny The Going From a World We Know.
Jedyną wadą płyty jest długość jej trwania, bo z Tin Pan Alley 35 minut to naprawdę niewiele, szczególnie biorąc pod uwagę, że nie ma tutaj żadnego słabego punktu.
29/01/2010






