Recenzja: Proceente – Dziennik 2010

Proceente to chyba najbardziej sympatyczny polski raper, mimo paru płyt na koncie, dyrektorowania w „Aloha Entertaiment” i najbardziej charakterystycznego „r” na świecie, sprawia wrażenie osoby, która stoi sobie gdzieś z boku głównego nurtu i nagrywa swoje bez żadnego parcia na sukces. Doskonałym tego przykładem jest nagrany spontanicznie na początku tego roku „Dziennik 2010”.

Krążki rejestrowane w przeciągu krótkiego czasu zazwyczaj traktuje się trochę z przymrużeniem oka, jako kaprys artysty, coś troszeczkę poza głównym nurtem twórczości. Z tym, że „Dziennik”, mimo niespełna 40 minut nowego materiału, jako całość przekonuje o wiele bardziej niż zeszłoroczny „Galimatias”. Z pewnością duża w tym zasługa Zjawina, którego beaty, moim zdaniem, wypadają dużo lepiej niż te Malina, no i całe szczęście nie ma tutaj czegoś tak okropnego jak featuring z Pablopavo.

Z treścią płyty fajnie korespondują zdjęcia z okładki i książeczki, na których widzimy Proceenta krojącego cebulę, piorącego, w końcu zasypiającego z piwem w ręku przed telewizorem, bo na płycie liczą się codzienne, pozornie mało istotne wydarzenia („Dziennik 2010 Intro”). Miło słucha się rozmarzonego rapera, który nawija o „wołowej w siódemce na stadionie” i swoim zepsutym aucie („skąd ja mam wziąć na to czas?”). Niekiedy do tekstów wkrada się melancholijno-wspominkowy klimat („niczego nie żałuję), jest też trochę o sile muzyki i bezkompromisowej postawie („Klątwa”, „Muzyka buduje i niszczy”). Warszawiacy pewnie uśmiechną się przy niejednym wersie, w którym padają nazwy znajomych miejsca i ulic, pojawiają się też odniesienia do Tyrmanda (już w samym tytule płyty), Lema, Hemingwaya i Daniela Defoe. Oczywiście to wszystko przedstawiane jest z charakterystycznym proceentowym dystansem – „nie mam stu żon, niesamowitej dykcji i stu kont bankowych / mam słabą pamięć w sercu sznyt wolnostylowy”.

Każdy kto słuchał jakiejkolwiek produkcji Zjawina nie powinien być zaskoczony beatami na albumie, chociaż obok charakterystycznego elektronicznego brzmienia pojawia się też coś dosyć old-schoolowego („niczego nie żałuję”), są też dwa świetne remixy („Absurd”, „Fajrant”). Pojawiają się też goście, dokładający bardzo udane zwrotki w „Cudzie” (z Emazetem i Numerem) i „skąd ja mam wziąć na to czas” (z Łysonzim).

Mimo, że ta płyta to tylko sześć nowych numerów i dwa remixy, to już od jakiegoś czasu jest to czołowa pozycja w moim odtwarzaczu, nawet jeśli nagrał ją „zgredzio, któremu nie wszystkie beaty siedzą”.

Mateusz Romanowski

29/06/2010

Co o tym sądzisz?

Co jest grane?

Strona B to miejsce, w którym promujemy dobrą muzykę.

Staramy się unikać wykonawców eksploatowanych do bólu przez mass media. Wolimy docierać do świeżych, ambitnych brzmień i przedstawiać Wam artystów mniej lansowanych, ale niejednokrotnie dużo ciekawszych.

Polecane filmy Zobacz wszystkie

Posłuchaj pierwszych nagrań Led Zeppelin

Pierwsze znane koncertowe nagrania zespołu pochodzące z pierwszej trasy po USA w 1968 roku.

Marc Ribot – Yezriel

Kawałek z solowego projektu gitarzysty kojarzonego głównie ze wspołpracy z Johnem Zornem

Pat Metheny – The Orchestrion

Myślałeś, że widziałeś już wszystko? To co powiesz na mechaniczną orkiestrę?

Liars – Scissor

Intrygujący i znakomicie zrealizowany teledysk.

Dave Grohl i jego uzależnienie

Podczas sesji nagraniowej Them Crooked Vultures wyszły na jaw poważne kofeinowe problemy perkusisty zespołu.

Yoga Terror – I Shot the Sheriff

Świetny cover “I Shot the Sheriff” Boba Marleya.

Strona B na Facebooku