Jaki jest problem z muzyką post-rockową każdy wie. Nadal pojawiają się jednak kapele (o niejednej z pewnością napiszemy), które udowadniają nam, że mimo tego, że rzeczywiście powiedziano w tej estetyce prawie wszystko, trup potrafi wyglądać jeszcze całkiem nieźle.
Kiedyś w stosunku do grupy Air ktoś użył określenia „soundtrack do nieistniejącego filmu”. To określenie, mimo zdecydowanie innego charakteru wykonywanej muzyki, doskonale oddaje to, co się dzieje na „Odzewie zza” Laentrady. To co odróżnia grupę od klasycznych post-rockowców, to zwrot raczej w stronę krótkich dźwiękowych impresji, niż rozbudowanych kompozycji. To dobrze, bo schemat grania „quiet-loud” nie działa tak jak kiedyś, nawet na płytach mistrzów takiej estetyki (vide – niestety, ostatnie Red Sparowes). Do filmowego klimatu przyczyniają się też sample (chrumkanie świnki, starcie na miecze, jacyś kłócący się chińczycy). Budowa utworów jest raczej luźna, sprawiająca wrażenie raczej improwizacji, niż czegoś w stu procentach przemyślanego. Nie zmienia to jednak faktu, że bez problemu można wyłuskać parę ewidentnych cymesów, bliskich brzmieniowo wspomnianego Red Sparowes.
Słychać, że duet ma szerokie muzyczne horyzonty, ale niestety nie zawsze wychodzi mu to na dobre (stereotypowo funkowe fragmenty „ozzo”). Kuleje też troszeczkę produkcja, szczególnie pod kątem brzmienia perkusji.
Jednak to wszystko nie przeszkadza w zaprzyjaźnieniu się z płytą. Słucha jej się z ciekawością do ostatniej sekundy, a pewne, raczej zamierzone bałaganiarstwo, tylko dodaje jej uroku.
14/07/2010





