W jak wielu muzycznych stylistykach jeden artysta może wydać dobre albumy? – Wiadomo, że u nas Fisz i Emade biją pod tym względem wszystkie rekordy.
O przygodach braci Waglewskich z przesterowanymi gitarowymi brzmieniami słyszeliśmy głównie w ich wspominkowych opowiastkach w wywiadach. Co skłoniło ich po wydaniu dwóch stricte hip-hopowych albumów do powrotu do garażu i żywych instrumentów, nie wiadomo. Ważne, że efekt jest, jak to zawsze w przypadku panów (Fisz na basie i za mikrofonem, Emade za bębnami) znakomity – w towarzystwie Michała Sobolewskiego na gitarze wypuścili bez zbędnych zapowiedzi jedną z fajniejszych płyt tego roku.
Wbrew zapowiedziom – zawartość nie ma zbyt wiele punktów stycznych w alternatywą lat 90’tych, sam odczułem ją tylko w łamanym fragmencie Rekina. Więcej jest klasycznie hardrockowego riffowania w stylu Led Zeppelin, czy Black Sabbath, w połączeniu ze współczesnym feelingiem (oprócz wokalu), co daje efekt trochę przypominający Them Crooked Vultures. Przemawiają za tym pojawiające się czasem solówki (Sierpień, Grom, Biegnij). Jest jeszcze trochę punkowej niechlujności połączonej z … zaśpiewami w stylu Thoma Yorke (Pistolet), czy energią, której nie powstydziliby się nasi rodzimi „Black Tapesi” (AAA!). Kim nie wstydzi się też przywalić bardzo Nirvanowym gitarowym motywem i skonfrontować go z ładną, trochę brit-popową zwrotką (Urodziny). Porównanie klimatu płyty z dokonaniami CKOD, które pojawia się w co drugiej recenzji albumu, uważam za zupełnie nietrafione. Za to, może wbrew intencjom muzyków, odnajduję w niektórych utworach klimat bliski twórczości śp. Tadeusza Nalepy, czy to pod względem riffów (Biegnij, Grom), operowania głosem (Nóż, ponownie Grom), a nawet tekstowym (bardzo Loeblowski Nóż).
Właśnie… strona liryczna. Wiadomo, że pod tym względem Fisz od zawsze trzyma wysoki poziom, ale każdy chyba przyzna, że temat zdrady (o zapachu kawy i papierosów) wyeksploatował już do granic możliwości. Nie wiem czy to kwestia podkładów, ale tym razem teksty (jak i sposób ich przekazywania) ociekają gówniarską energią – „tak jak golem z wielkim basem / walę w struny, pękają szyby” (Golem), poza tym bardzo dużo jest „dzieciowatych” określeń i luźnych, abstrakcyjnych wyobrażeń Fisza przywodzących na myśl Fru!. Pojawiają się też tematy społeczne, nie wiem kiedy powstał tekst Biegnij”, ale brzmi przerażająco aktualnie.
Ponoć trio nagrywało płytę na „setkę” w dwa dni. Mimo zamierzonego „garażowego” brzmienia wszystko słychać doskonale, a pewne pozostawione „brudy” tylko dodają unikalnego, jednorodnego klimatu, który poprzez zróżnicowanie, jeśli chodzi o konstrukcje poszczególnych utworów, wciąga.
10/06/2010






Bartek
2010-06-14, 01:15Fajna recenzja, dzięki! :)
Narc
2010-09-19, 21:26O, mój Boże. Panie recenzencie, pan jest chyba głuchy jak pień albo jeszcze gorzej -jest fanem projektów Fisza. Queens of the Stone Age, White Stripes (od biedy), Them Crooked Vultures, Rage against the Machine. Ta płyta to zlepek riffów bezczelnie skopiowanych (by nie napisać ukradzionych) z piosenek wcześniej wspomnianych zespołów. Lirycznie pan Bartosz już się właściwie tylko sukcesywnie upokarza, choć czasem zdarzą mu się fajne i trafne linijki. Choć i tak gorzej jest z wokalem. Co zabawniejsze ten zespół założył Soboloewski – to on jest liderem, a wcale się o płycie nie wypowiada. Wszyscy chcą gadać tylko z Waglami i w pierwszej kolejności o nich wspominają… Tak czy inaczej straszny krążek. Recenzja bardzo nietrafna…