
Deftones zawsze wyróżniali się spośród nu-metalowej braci. Po pierwsze – mimo, że pod względem jakości zawsze byli w czołówce nurtu to trudno w ich przypadku mówić o jakiejś wielkiej popularności. Po drugie – mimo, że dwa poprzednie albumy miały trochę mniejszą siłę rażenia, nigdy nie spadały poniżej pewnego poziomu (który i tak jest daleko poza zasięgiem większości współczesnych ciężko grających kapel). Wydana po 4 latach od Saturday Night Wrist i po ciężkim dla grupy okresie (oryginalny basista Chi Cheng od 2008 roku jest w stanie śpiączki) Diamond Eyes to powrót do szczytowej formy.
Self-titled z 2003 był jakby mieszanką charakterystycznych dla Deftones patentów, Saturday Night Wrist z kolei, trochę chaotyczną próbą odświeżenia stylistyki. Oba albumy miały zapewne ukazać grupę w nowym świetle, były jakąś tam częścią artystycznego rozwoju, ale niestety brakowało im spójności klasycznych dziś albumów – uderzenia Around the Fur, czy klimatu White Pony. Krótki, jak na ten zespół okres powstawania utworów na Diamond Eyes (materiał opracowywany z Chi Chengiem grupa wyrzuciła do kosza) budził wątpliwości, czy to aby na pewno najlepszy moment na nowy materiał. Okazało się, że jak najbardziej tak.
Pierwszą łatwą do wychwycenia zmianą jest przebojowości utworów. Wiem, brzmi dziwnie, bo Moreno z kolegami zazwyczaj powalali czymś innym, niepodrabialną atmosferą, obłędnym wokalem. Krok ten, nie wiem na ile świadomy, został wykonany całe szczęście bez wyraźnej zdrady ideałów – nie mamy wątpliwości kogo słuchamy. Do inspiracji kapelami z kręgów cold-wave i new romantic przyznawał się niejeden reprezentant sceny metalowej, jednak chyba dopiero Deftonesom na tej płycie udało się znaleźć dla nich dobre ujście. Śpiew Chino chyba nigdy nie był tak natchniony (można nawet przeboleć, że troszkę mniej krzyczy niż za starych czasów), a Carpenter pomiędzy cięte riffy a przestrzenne zagrywki wplata dużo naprawdę ładnych gitarowych motywów. Frank Delegado odpowiedzialny za elektroniczne zabawki ma do roboty trochę mniej, ale gra dużo konkretniej niż dawniej, zamiast ambientowego plumkania, bardzo konkretne zagrywki (vide – Rocket Skates). Dziadkowie z The Cure mogą być dumni, szczególnie z Beauty School.
Oprócz kierunku liryczno-klimatycznego jest też trochę radości dla wielbicieli wczesnego, agresywnego oblicza zespołu. Wybór Rocket Skates na pierwszy singiel to wyjątkowo niekomercyjne posunięcie, nie zmienia to jednak faktu, że sam utwór pochodzi z najwyższej półki. Poza tym Royal, CMND/CTRL i Prince niewiele mu ustępują. Te utwory nadają płycie wielkiego energetycznego kopa.
Diamond Eyes z pewnością nie jest płytą dziejową, teraz już takim graniem furory się nie robi, ale nie mam wątpliwości, że jest to ich najlepszy album od czasów White Pony. Po pierwszym przesłuchaniu poczułem się jakbym jeszcze siedział w gimnazjum, a zjawisko pt. Deftones było dla mnie nowością. Co ciekawe przy okazji późniejszych przesłuchań, a trochę już ich było, powalające wrażenie utrzymywało się, a to zdarza się bardzo, bardzo rzadko.
24/05/2010




