Są rzeczy, które nigdy się nie zmienią. Na przykład Liarsi nigdy nie nastroją gitar, a nawet jeśli jakimś cudem do tego dojdzie i tak przepuszczą instrumenty przez takie efekty, żeby to sprytnie ukryć. Po poprzedniej, jedynej w miarę normalnej, piosenkowej, momentami nawet przebojowej płycie zespół Angusa Andrewa wraca z kolejną produkcją.
Sisterworld należałoby raczej uznać za kontynuacje kierunku obranego na arcyciekawym Drum’s not Dead z 2006, niż tego z rok późniejszego Liars. Co więc słyszymy? Transowe, uzależniające, czasem archaiczno-punkowo prymitywne motywy. Kiedy pojawia się jakikolwiek fragment nadający się do nucenia przy goleniu zazwyczaj po chwili jest on rozbity w pył przez jakiś absurdalny motyw. Czyli dali malkontentom kolejny powód do kręcenia nosem, że nie potrafią grać, że brakuje czytelnej myśli muzycznej, tylko dla ludzi, którzy przy okazji poprzednich dzieł uznali Liarsów za jedno z wielkie zjawisko sceny nowojorskiej te argumenty właściwie nie istnieją.
Tutaj liczy się specyficzna, ociężała transowość, dzikość. Bo jeśli w pierwszej lidze współczesnego alternatywnego rocka jest miejsce na punk (podkreślam, że chodzi mi w tym momencie o podejście do materii dźwiękowej, a nie o skóry, podarte spodnie i antysystemowe hasła) to na imię mu Liars. Argumenty? The Overachievers brzmi jak wspaniałe, odnalezione po latach nagranie Ramones, kiedy Andrew zaczyna od niechcenia wypluwać do mikrofonu – „hey, hey, hey, hey” – aż prosi się o „ho, let’s go”. Scarecrows on a Killer Slant to bujający groove odsyłający nas w okolice They Threw Us All in a Trench and Stuck a Monument on Top (pierwszego albumu Liars). Here Comes All People przybiera formę czegoś na kształt chorego marszu pogrzebowego na zespół i instrumenty smyczkowe. Właśnie, właśnie – smyki to właściwie nowość jeśli chodzi o tę kapelę. Utwory takie jak singlowe Scissors (fragment pojawiający się na wysokości 1:41, kontrastujący z smutnym, troszkę radioheadowym wstępem z pięknymi harmoniami wokalnymi to nawet jak na ten skład szczyt absurdu), czy No Barrier Fun dużo straciłyby bez ich udziału. Poza dawką dźwiękowego szaleństwa są też momenty zwyczajnie ładne, jak Proud Evolution (z motywem gitarowym ukradzionym z Yeah Yeah Yeahsowego Y Control i uzależniającym, szamańsko powtarzanym przez Andrewa – „You should be careful”), czy przypominające dokonania The Beatles z okresu fascynacji psychodelikami Too Much, Too Much.
Nie wiem, czy to najlepsza płyta Liarsów, trudno z resztą oceniać w kategoriach lepsze/gorsze dokonania składu, który na potrzeby każdego następnego dzieła przebudowuje swoje brzmienie, prezentując trochę inne oblicze. Wiem tylko, że kolejny raz udało im się zaskoczyć nie tracąc niczego ze swojej spontaniczności. Póki co – płyta roku.
02/04/2010






