Recenzja: Black Rebel Motorcycle Club – Beat the Devil’s Tattoo

Black Rebel Motorcycle Club to, począwszy od ich debiutanckiej płyty, ścisła czołówka moich ulubionych „new rock revivalowych” zawodników. Wejście na stadiony nigdy grupie nie groziło, dzięki czemu mogła nagrywać równe, znakomite albumy. Rzadko który modny niegdyś zespół debiutujący w okolicach 2001 (wiem, pierwszy album wydali wcześniej, ale to przy okazji reedycji z 2001 zrobiło się o nich głośniej) dociera do szóstej płyty i nadal ma coś ciekawego do powiedzenia. W tym roku zespół ze zmienionym perkusistą znowu wraca do gry.

Tym, co rzuca się w uszy od samego początku jest olbrzymi ładunek bluesa. Biorąc pod uwage wcześniejsze dokonania zespołu, przywiązanie do amerykańskiej tradycji niby nie powinno dziwić, ale teraz jest ono słyszalne bardziej niż kiedykolwiek. Być może jest to kwestia brzmienia: surowszego i wyraźniejszego – „dźwiękowej ściany” jest tutaj naprawdę niewiele.

Nie oznacza to, że powinniśmy się smucić. Zaserwowane na samym początku cztery utwory to BRMC pierwszej klasy. W utworze tytułowym, kiedy już jesteśmy pewni, że mamy do czynienia z czymś na kształt bluesującej ballady, wyrasta przed nami przesterowany refren. Conscience Killer przypomina Love Burns z ich debiutu. Brzmienie gitary basowej pod koniec War Machine to znak firmowy grupy. Niestety rozczarowują ballady, które zawsze były mocną stroną zespołu. Ze spokojniejszych momentów broni się jedynie fortepianowe Long Way Down, reszta niepotrzebnie rozmywa całkiem dobry obraz albumu. A mamy na nim River Styx, który brzmi jakby Nirvana grała jeden ze swoich wczesnych utworów techniką slide, co daje zaskakujący efekt. Równie zaskakujący, choć tym razem negatywnie jest refren Ayi – ciśnie się na usta określenie „nachalnie melodyjny”, za nic nie pasujący do „skradającej się” zwrotki. Utworom takim, jak Evol, Mama Taught Me Better i Shadoe’s Keeper utrzymanym w doskonale znanym fanom zespołu stylu, mimo, że ciekawym brakuje trochę dzikości, energii, którą tętniła chociażby Baby 81. Jednak wszystkie negatywne wrażenia zaciera ponaddziesięciominutowy Half-State. Za wyjątkiem Howl na każdym poprzednim albumie pojawiała się bardziej rozwinięta kompozycja, zazwyczaj w dużej mierze opierająca się na instrumentalnym szaleństwie. Tym razem jest inaczej, pojawia się sporo wątków, klimatów, osiągających swoje apogeum na wysokości 7.15 z pełnym pasji wokalem.

Beat the Devil’s Tattoo z pewnością nie jest najmocniejszym punktem dyskografii grupy. Brakuję trochę przebojowości Baby 81, klimatu Howl, czy dźwiękowych walców znanych z Take Them On, On Your Own, mówiąc krótko – spójnego charakteru. Lekko rozczarowuje, ale dla kilku mocnych punktów warto dać jej szansę.

Mateusz Romanowski

23/03/2010

1 komentarz

  1. hoster

    2011-02-28, 13:26

    Hello! I just would like to give a huge thumbs up for the great info you have here on this post. I will be coming back to your blog for more soon.

Co o tym sądzisz?

Okładka płyty

Data wydania: 2010-03-04

  • 1. Beat The Devil's Tattoo (3:46)
  • 2. Conscience Killer (3:45)
  • 3. Bad Blood (5:12)
  • 4. War Machine (4:00)
  • 5. Sweet Feeling (3:27)
  • 6. Evol (5:54)
  • 7. Mama Taught Me Better (4:47)
  • 8. River Styx (3:56)
  • 9. The Toll (3:39)
  • 10. Aya (5:40)
  • 11. Shadow's Keeper (6:13)
  • 12. Long Way Down (4:33)
  • 13. Half-State (10:21)
  • 14. Long Way Down (Remix) (4:35)